poniedziałek, 30 marca 2015

Elektryczna apokalipsa - "Blackout" Marca Elsberga

Źródło: www.gwfoksal.pl
Jako że w życiu zdarzyło mi się przeczytać trochę gniotów, zaczęłam stosować zasadę pierwszych 50 lub 100 stron. Proste założenie – w zależności od objętości książki, jeśli nie zainteresuje mnie treść podczas tych pierwszych 50 lub 100 stron, odkładam ją i nie czytam dalej. „Blackout” jest dowodem na to, że czasami warto przebrnąć nieco więcej... Książka Elsberga porusza szalenie ciekawy temat – otóż pewnego dnia w całej Europie gasną światła. Pstryk. Ktoś wyłączył prąd na całym kontynencie.
Nie będę ukrywać, że początek był po prostu szalenie nudny i przewidywalny. Mnóstwo terminologii fachowej i technicznej, spotkania polityków i prezesów ważnych firm, przysłowiowe umywanie rączek – jednym słowem: nuda i bezproduktywne narady. Oddaję autorowi jedno – z pewnością musiał włożyć sporo pracy, żeby odmalować te wszystkie techniczne sytuacje i zagwozdki związane z siecią, licznikami, elektrowniami, systemami zarządzającymi...
Ale akcja zaczęła się tak naprawdę w połowie książki, a do cienkich ta pozycja nie należy. Właśnie tego, co pojawiło się mniej więcej w połowie, spodziewałam się znacznie wcześniej. Miałam nadzieję, że „Blackout” będzie o tym, jak radzą sobie ludzie postawieni w tak ciężkich i niesprzyjających warunkach, jak chronią siebie i najbliższych, jak zdobywają jedzenie, wodę... To wszystko pojawiło się znacznie później. Jasne, mam świadomość, że w ciągu pierwszych dni tej niespodziewanej katastrofy ludzie mieli zapasy i swoje rezerwy, ale spodziewałam się, że zobaczymy strach zwykłych obywateli, a mieliśmy do czynienia głównie z polityką.
W centrum wszystkich wydarzeń znajduje się włoski informatyk i haker Piero Manzano, który zaczyna podejrzewać nietypowy atak terrorystyczny. Wraz z nim zaczyna współpracować amerykańska dziennikarka Lauren Shannon. Obserwowanie ich wyczynów i działań zaczęło być interesujące, choć bywało czasami naiwne, miewali wiele szczęścia, a do tego obecność Shannon i jej postępowanie było... Hmm... Cóż, dosyć przewidywalne było to, jak się zachowa. Czasami autorowi brakowało chyba bardziej spójnego pomysłu na to, jak ta dwójka ma się połączyć i działać.
Mimo wszystko, pomimo tych wszystkich wad, książka w pewnym momencie mnie wciągnęła. Naprawdę wnikliwy czytelnik może jej zarzucić niespójności, czasem irracjonalne zachowanie bohaterów, ale i tak MUSIAŁAM zobaczyć jak to wszystko się zakończy. I jest jeszcze jeden powód, dla którego warto przeczytać tę pozycję. „Blackout” bowiem uświadamia nam, jak bardzo uzależnieni jesteśmy od prądu. Wiele z nas nawet nie zdaje sobie zapewne sprawy jak straszne mogłyby być konsekwencje, gdyby w tym momencie wyłączono prąd na tydzień. I nie mam na myśli tylko prądu w mieszkaniach i domach, ale także w szpitalach (zastępcze generatory, według książki Elsberga, mogą działać do 72 godzin), firmach produkujących żywność, całkowicie zelektronizowanych zwierzęcych farmach... Konsekwencje tego mogłyby być katastrofalne. Warto mieć tego świadomość.

Blackout, Marc Elsberg, tłum. Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska, W.A.B., Warszawa 2015.

[Kostek]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz