wtorek, 10 listopada 2015

"Mężczyźni bez kobiet" - Haruki Murakami

źródło: www.muza.com.pl
Haruki Murakami jest chyba moim numerem jeden. Chyba, bo gdybym miała w tym momencie wskazać tego jednego, jedynego – miałabym niemały problem. Z pewnością jednak Murakami jest jednym z moim ulubionych twórców. Bywam też wobec niego krytyczna, ale w zasadzie czytam wszystko, co się pojawi w Polsce. A „Mężczyźni bez kobiet” są i będą dla mnie pozycją wyjątkową przede wszystkim z jednego powodu. Egzemplarz książki został kupiony w rewelacyjnej warszawskiej księgarni Tarabuk. Księgarni, która, niestety, musiała przenieść się z Powiśla, w związku z czym zorganizowała akcję „Zabierz Tarabukowe książki do domu”! O co chodzi? Krótko mówiąc: przez ostatni tydzień października Tarabuk wyprzedawał książki, aby łatwiej było się przeprowadzić. Dlaczego w ogóle o tym wspominam?
Byłam w tej świetnej księgarnio-kawiarni raz, ale klimat tego miejsca, przefajni ludzie i pyszne jedzenie (bądźmy szczerzy – książki i jedzenie w jednym miejscu to jest to, co Kostek lubi najbardziej) sprawiły, że Tarabuka polubiłam od razu. Więcej o Tarabuku i całej akcji, czyli m.in. o przyczynach przenosin możecie poczytać tu: Tarabuk i tu: TAK dla Tarabuka. A ja, dzięki uprzejmości mojego osobistego dilera książek z Warszawy, otrzymałam ten oto wyjątkowy egzemplarz książki:

Przejdźmy zatem do meritum. Nikogo chyba nie zdziwię, jeśli napiszę, że najnowsza książka Murakamiego jest świetna. Zbiór siedmiu opowiadań, z czego przynajmniej kilka mogłoby stać się zalążkiem większych powieści, jest idealny. Pisząc idealny, mam na myśli pełny, kompletny, całkowity. Opowiadania są o kobietach, mężczyznach, miłości, przyjaźni, ale przede wszystkim – o samotności. Znajdziemy tu szczyptę surrealizmu, abstrakcji, ale – przede wszystkim – murakamiczną* fantazję połączoną z szarą codziennością. Zdecydowanie wolę powieści Murakamiego, do opowiadań zazwyczaj pochodzę z dystansem, ale „Mężczyzn bez kobiet” polecam w ciemno.
I jeszcze jedna sprawa. To, co zrobiła tłumaczka, Anna Zielińska-Elliott, w opowiadaniu „Yesterday” było... nie wiem nawet jak to ująć. Chodzi o to, że jeden z bohaterów, Kitaru, mówi dialektem z Kansai, który nieco odbiega od standardowego japońskiego. Zielińska-Elliott wpadła na pomysł, aby Kitaru mówił... gwarą poznańską! Gdy czytałam o tym we wstępie, to myślałam, że to się nie mogło udać, że to już przegięcie. Kiedy jednak przeczytałam opowiadanie – zmieniłam zdanie i chylę czoła! Genialne posunięcie.
I na koniec z dedykacją dla wszystkich fanów Murakamiego (no, tytuł opowiadania powinien fanom od razu się skojarzyć;) ):


Mężczyźni bez kobiet, Haruki Murakami, tłum. Anna Zielińska-Elliott, MUZA, Warszawa 2015.

* - nie mam pojęcia, czy istnieje takie słowo, ale mi tutaj idealnie wręcz pasuje, więc pozwoliłam sobie użyć

[Kostek]

6 komentarzy:

  1. Oj... ten eksperyment z gwarą poznańską... no, nie wiem... Do dzisiaj we mnie siedzi inny eksperyment, w którym bohaterowie mówiący łamaną angielszczyzną "zajeżdżali" w powieści rusycyzmami. To było niesamowicie bolesne! Czułam się nie jak w Nigerii, ale jak w którejś z republik w byłym ZSRR...

    Za Murakamim niekoniecznie przepadam, chociaż "Kronikę ptaka nakręcacza" uważam za genialną. Może dać mu jeszcze szansę? ;-

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie dać! "Kronika..." to też jedna z moich ulubionych powieści Murakamiego, choć najbardziej lubię chyba jednak "Przygodę z owcą" :)

      A co do gwary poznańskiej - najpierw byłam zaskoczona, nie sądziłam, że to się w ogóle powiedzie, ale ten eksperyment Zielińskiej-Elliott naprawdę się udał :) Tym bardziej, że jest w poznańskim dialekcie sporo germanizmów, przez co jest dość podobny na pewnym poziomie z gwarą śląską, która jest mi znacznie bliższa :)

      O jakiej książce piszesz, że zajeżdżali rusycyzmami? :)

      Usuń
    2. O, a mnie już "Przygoda z owcą" tak nie wzięła. Próbowałam jeszcze jego opowiadań i "Na południe od granicy...", ale po "Kronice" w żadnej innej pozycji nie smakował już tak dobrze. ;-)

      Kompletnie nieudany, moim zdaniem rzecz jasna, eksperyment językowy znalazłam w "Świat się rozpada" Achebe Chinui. I uups - sprawdziłam - to podobno jest połączenie różnych gwar polskich, które jednak wyglądają jak połączenie rosyjskiego z gwarą śląską. W każdym razie jako tłumaczenie z języka pigin wygląda to dziwnie. ;-)

      Usuń
    3. Dzięki za sprawdzenie! :) Chętnie pooglądam książkę i zobaczę czy jest to porównywalne z tym, co zrobiła tłumaczka w Murakamim :)

      A co do Murakamiego - uważam, że opowiadania ma słabsze, zbiór "Zniknięcie słonia" był średni, ale polecam m.in. trylogię "1Q84", wiele osób, które miało podobne podejście do Murakamiego, przekonywało się po przeczytaniu tejże trylogii :) A must read to "Norwegian Wood" ;)

      Usuń
    4. Dam prozie Murakamiego jeszcze jedną szansę - mam słabość do Japończyków. ;-)

      Usuń
    5. Hehe :) Cieszę się :) Obowiązkowo daj znać jak wrażenia! :)

      Usuń