środa, 30 grudnia 2015

"Agent 6" - Tom Rob Smith

źródło: www.wydawnictwoalbatros.com
 „Agent 6” to ostatnia część trylogii o Lwie Demidowie. W trzecim tomie były radziecki agent musi zmierzyć się z zupełnie inną i nową sytuacją. Cała akcja rozciągnięta jest w zasadzie na 3 dekady – mniej więcej od lat 50. do 80. Po raz kolejny poznajemy przeszłość Lwa – tym razem są to początki jego i Raisy, która podczas pierwszej rozmowy przedstawiła mu się jako Lena, oraz kolejne sprawy, z którymi mierzył się jako agent MGB. Kluczowym wątkiem z tego okresu jest tutaj występ Jesse Austina, amerykańskiego czarnoskórego piosenkarza, który nie krył swych sympatii względem komunizmu, a którego Demidow miał ochraniać podczas pobytu w Moskwie. Można powiedzieć, że to właśnie Austin połączył Lwa i Raisę.

Kilkanaście lat później Raisa przewodniczy rosyjskiej grupie uczniów, która wyrusza w „tournée dla pokoju” po Stanach. Towarzyszą jej córki, Zoja i Jelena, oraz komunistyczni działacze. W okresie zimnej wojny miał to być taki ładny, pokazowy element pozornej ugody między ZSRR a USA. W Stanach dochodzi jednak do strasznej tragedii, w którą zamieszana zostaje Raisa i z którą będzie musiał się zmierzyć Lew. Nie chcę pisać, co się stało, bo uważam to za ogromny spoiler, ale na stronie Empiku czy Matrasa w opisie książki można to odnaleźć. Zwracam jednak uwagę na to, że wydarzenie to miało miejsce mniej więcej w połowie książki, dlatego szczerze odradzam czytanie notki wydawcy na stronach księgarniach internetowych, choć – co ciekawe – na stronie wydawcy opis jest znacznie bardziej enigmatyczny.

Tak czy siak – Lew musi rozwiązać niesamowicie tajemniczą sprawę, ale po drodze ląduje w Afganistanie, gdzie pomaga Rosjanom tworzyć proradziecki rząd. Jakby tego było mało: miesza się w afgańskie sprawy, uzależnia od opium i odsuwa od córek. W końcu jednak udaje mu się przedostać do Stanów, żeby tam szukać tytułowego agenta 6.

Choć fabuła wydaje się nieco zagmatwana, to książkę czyta się szybko. Zakończenie trylogii jest naprawdę świetne. Nie jest przesłodzone, nie ma tam przesadzonego pozytywnego happy endu, a mimo to ściska za serce. Obawiałam się po „Ofierze 44”, że Smith nie udźwignie i finał mnie rozczaruje. Nic bardziej mylnego! Choć we wszystkich częściach można znaleźć pewne nieścisłości i fabularne niedociągnięcia (a właściwie to „naciągnięcia";) ), to trylogia niesamowicie wciąga. Mimo wszystkich wad – proza Smitha jest po prostu bardzo dobra. Świat, który stworzył, wciąga od pierwszych stron. A trzeba dodać, że „Agent 6” jest też chyba najbardziej „rodzinną” częścią, choć Zoi i Jeleny wcale tak wiele tam nie ma. Cała trylogia świetnie obrazuje, że człowiek, który żyje w jakimś systemie (w tym przypadku komunistycznym w ZSRR), ma szansę odkupić swoje winy, może stworzyć rodzinę, żyć otoczony miłością i ciepłem. I nawet jeśli się to straci, to na pewne rzeczy nigdy nie jest za późno.

Recenzja pierwszej części <klik>
A tu recenzja części drugiej: <klik>
----

Autor: Tom Rob Smith
Tytuł: Agent 6
Przekład: Andrzej Niewiadomski
Wydawca: Albatros, 2014
Liczba stron: 512

[Kostek]

2 komentarze:

  1. Koniecznie muszę poszukać tej serii. Bardzo, bardzo zachęcająca. Tym bardziej, że totalnie w moim guście. :)

    MAJUSKUŁA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie polecam, wchłonęło mnie strasznie :) Przeczytałam też Twoją recenzję "Saszeńki" i już ją mam - czeka w kolejce :)

      Usuń