czwartek, 17 grudnia 2015

"Stacja jedenaście" - Emily St. John Mandel

Zacna książka z równie zacnym Panem Sową ;)
Literatura postapokaliptyczna to jeden z moich ulubionych gatunków. Po prostu uwielbiam czytać o tym, jak ludzie radzą sobie w ekstremalnych warunkach. Nieważne, jaki byłby koniec świata: wysiadł prąd, szalała grypa, przez Ziemię przetoczyły się hordy zombie czy spadła bomba atomowa i ludzkość uciekła do podziemi. Postapo pod przykrywką literatury rozrywkowej niesie często ze sobą różnego rodzaju przesłania dotyczące przetrwania i życia w nowych warunkach. 

„Stacja jedenaście” Emily St. John Mandel świetnie wpisuje się w ten nurt, wnosi także do niego powiew świeżości. Jest melancholijna, nostalgiczna, wręcz filozoficzna. W jej centrum znajduje się aktor, hollywoodzki gwiazdor, Arthur Leander, który umiera na deskach teatru podczas odgrywania tytułowej postaci w „Królu Learze” w noc, gdy rozpętuje się pandemia grypy gruzińskiej. Wszyscy bohaterowie w jakiś sposób są powiązani z Arthurem: jego byłe żony, najlepszy przyjaciel, aktorzy, syn, człowiek, który próbuje uratować mu życie. 



Ta niespieszna opowieść przepełniona jest tęsknotą za starymi czasami, za latającymi samolotami i rakietami, za telefonami i komputerami. Pełno w niej retrospekcji – czytelnicy co rusz są przenoszeni do czasów sprzed epidemii lub do jej początków. W centrum prawie zawsze znajduje się wspomniany wcześniej Arthur, który – mimo że w czasach zarazy już nie żyje – wciąż jest obecny duchem. Historia skupia się przede wszystkim na młodej Kirsten, która jako 8-letnia dziewczynka występowała z Arthurem na scenie owej feralnej nocy. W nowym świecie przemierza miasta z teatralną trupą o nazwie Podróżująca Symfonia, przedstawiającą zapominane powoli sztuki Szekspira (ten wątek od razu skojarzył mi się z „Dzielnicą obiecaną” Pawła Majki). Sztuka – czy to teatralna, czy komiksowa – ma w „Stacji…” ogromne znaczenie. Mimo że Symfonia trafia do miasteczka, gdzie władzę sprawuje nieco szalony Prorok, że świat się zmienia, że zmieniają się priorytety – „Samo przetrwanie nie wystarcza”. Ludziom trzeba czegoś więcej: sztuki właśnie, marzeń, celów, wspomnień, poezji! Bycie człowiekiem zobowiązuje do tworzenia piękna, a nie niszczenia go. Świetnie obrazuje to wątek tych, którzy założyli osadę na lotnisku. Kiedy samoloty przestały latać, bo zaraza zataczała coraz szersze kręgi, zostali poniekąd uwięzieni w terminalu. Lotnisko stało się ostoją normalności i „starych, dobrych czasów”, powstało tam nawet muzeum. 

„Stacja jedenaście” nieco się różni od typowych utworów postapokaliptycznych, ale zdecydowanie warto po nią sięgnąć. Emily Mandel pokazuje, że można napisać dobrą powieść bez niepotrzebnego epatowania wulgarnością, złem i agresją. Co więcej – gdyby rozbudować niektóre wątki, np. te dotyczące Proroka czy ludzi, którzy przetrwali na lotnisku, gdyby dodać nieco więcej tajemniczości, mógłby powstać naprawdę niezły serial, coś pomiędzy „Zagubionymi” a „The Walking Dead”. 

Jedyny zarzut, za to spory, mam, niestety, wobec wydawcy. Tylu literówek w jednej książce nie widziałam już dawno. Szkoda, bo historia jest ciekawa, a liczne literówki jednak przeszkadzają, zdarzają się nawet zdanie po zdaniu. Mimo to – warto po tę pozycję sięgnąć, w szczególności jeśli jest się fanem literatury postapo. 

---

Autor: Emily St. John Mandel 
Tytuł: Stacja jedenaście 
Tytuł oryginału: Station Eleven
Przekład: Magdalena Lewańczyk 
Wydawca: Papierowy Księżyc, 2015 
Liczba stron: 428 

Recenzja napisana we współpracy z portalem BiblioNETka, gdzie pierwotnie ukazał się powyższy tekst pt. Samo przetrwanie nie wystarcza.


[Kostek]

2 komentarze:

  1. Również uwielbiam post-apokalipsy więc z przyjemnością przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze polecam, bo naprawdę dobrze napisana książka :) tylko te literówki...

      Usuń